tak, jest zielono.
lubię czytać o tym, co było. co robiłam i jak wyrażałam własne zdanie. co było mi na tyle bliskie, żeby poświęcić temu słówka w swoim turkusowym blogasku, tak samo jak lubie sobie cos takiego napisac na facebooku. i pisze to w taki sposob, ze tylko ja potem potrafie to rozkminic. wiec intymnosc zachowana? niekoniecznie.
po prostu lubie popisac. booo...
bardzo duzo pisze, bardzo duzo siedze. rujnuje sobie zdrowie i czekam na koniec meczarni jak na wybawienie, a podejrzewam, ze nic sie w mojej kwestii nie zmieni, ot tak.
zapomniałam o Tobie, skarbie.
i się zatraciłam w sobie, czując, że moja maszyna nie ruszy bez solidnych podpór własnej pewności. aczkolwiek problemem jest to, że ta pierdolona machineria jest napędzana muzyką i ruchem, a ruchu i muzyki mi brak.
(i pewności siebie).
dzis walentynki i swieto zakochanych, a ja myslę tylko o sobie. jestem zalosna i egoistyczna. ale kto nie jest?
kairi, jestes niesamowita, ale nie chcesz tego przyznac. moze juz czas?
siergiej łukjanienko TEŻ jest niesamowity.
Mój pierwszy cosplay?
Październik 2006. W zeszłym roku minęły więc trzy lata, odkąd uznałam, że mogę chwilę pobyć w innej skórze. I w październiku jeszcze czułam, że wszystko jest okej, snułam plany i malowałam palcem na szybie, chociaż odsunięta na margines.
Jest luty 2010 roku, a ja, jak mam gorszy dzień, to płaczę, myśląc o cosplayu. Tak jakbym straciła kawałek siebie. Trzy lata to dużo, nie całe życie, ale sporo - wystarczy, żeby się przyzwyczaić. To trochę tak, jakby stracić kogoś, z kim się dobrze grało w koszykówkę, czy jakąkolwiek inną grę zespołową. A straciłeś go, bo raz jebnał cię za mocno piłką w głowę i mu nie wybaczysz tego, po prostu.
- Nie wiem, kim on dla ciebie jest, w sensie emocjonalnym. – Nocny wyglądał na nieco znudzonego ta rozmową. – Ale musi znaczyć dla ciebie naprawdę dużo, skoro [...] poświęciłeś własne dobre imię. I mam nadzieję, że on będzie w stanie się Ci odwdzięczyć. Tylko tego chcę być pewien.
skomentuj (0)
a wiec.
nowy szablon (tak, sama go robilam - zajelo mi to tyle czasu, ze moglam sie nauczyc na egzamin...), prawie nowy rok? ktory przyniesie mi - co?
generalnie o blogu przypominam sobie tylko jak u mnie cos zle sie dzieje i obecna chwila to zaden wyjatek - jestem w lekkim tzw. dołku. juz przechodzi, ale wczoraj nie moglam spac, nie moglam oddychac. ja lubie sie czasem zatracic we wlasnej tragedii, och, jak szumnej. to kwintesencja zycia,
dzis tez chyba nie zasne, bo jestem sama.
Każdy ma swojego Theme Songa, nawet jeśli jeszcze o tym nie wie.
Słucham różnych zespołów, różnych wokalistów, pośród nich nie ma właściwie żadnego wspólnego mianownika. Czasami lubię coś tylko za tekst, czasami po prostu za ładunek emocjonalny, więc nie muszę nic rozumieć (a bywa i tak, że nawet nie chcę). I nie oszukujmy się - ani hip-hop, ani rap, ani żadna ich odmiana, niezależnie od tego, jak finezyjnie nazwana, nie wchodzi mi do głowy. Aczkolwiek fakt, że o tym wspominam, może już sugerować, że coś jest na rzeczy.
Chciałam coś napisać, ale stwierdziłam... że mi się nie chce.
Tak w ogóle. Nic.
Sam sobie narysuj świat.
Coś nie podoba Ci się,
to sobie to zdrap.
Nowa płyta happysad jest lovelovelove. Muszę ją mieć... jeśli ktoś nie ma pomysłu na prezent gwiazdkowy dla mnie, no to... już ma <3
Mam plany, spore plany, juz przegladam aukcje, ale najpierw niech lalka dojdzie do nowej wlascicielki, to z godnoscia wydam za nia pieniadze. Doloze do tego wyplate z biblioteki i... klekajcie narody. Bedziecie mieli do czynienia z potworem.
Ciezko jednoczesnie studiowac i pracowac - oczka mnie od tego bola! Ciagle przed kompem. Roboty duzo, czasu malo, dzieki Bogu zlecenie mi sie konczy w piatek. oby do piatku wiec...
No i coz.
Nie idzie mi to, co chce isc, chociaz duzo o Tym mysle, w roznych kontekstach.
allelula
Dzisiaj jest Dzień Placuszka (trzydziesty czwarty miesiąc razem to Dzień Placuszka).
Z racji tego, wypiłam dobrą kawe, zjadłam późną kolację w Burger Kingu (odzwyczailam sie i teraz buu, moj brzuch T-T), a potem zaszliśmy z Zelgadisem Greywerdsem (czy tam Greywordsem, jeden pies) do ępiku. Tam nabyliśmy kolejny sprzęt do naszego wspólnego domku, nazywany przeze mnie Kuleczką, przez Zelgadisa Jakoś Tak, Że Nie Pamiętam, zaś ogólnie to chyba jakiśtaki Ever Kalendarz. Jest pomarańczowy <3

No więc, od dzisiaj z nami, w towarzystwie Arthura i Ivana.
Na uczelni dzisiaj ubawiłam się setnie, śmiejąc się Kaspara Hausera (a właściwie z tonu, w jakim pani o nim opowiadała) i grając kolejny raz w "Trials and Tribulations".
Dziś też dostałam propozycję pracy w mojej bibliotece z praktyk przy aktualizacji bazy danych. Brzmi elegancko, ale to po prostu zakodowywanie książek, jednak płatne, trwające dwa tygodnie i w godzinach pracy, jakie ja sobie wybieram. Ciekawe czy z honorarium styknie mi chociaż na dobre jeansy...
No cóż, pora się pogodzić z tym, że jak mam zamiar pracować w zawodzie bibliotekarki (to jedna z dwoch zwyczajowych specjalizacji na moich studiach, druga to archiwizacja, sa jeszcze tak alternatywne jak infobroker, terapeuta ksiazkowy, blah blah), to kokosów nie zbiję. Tak więc... drogi N., chciałabym, żebyś mi lepiej przechodził przez palce. Plis?